Znam ją nie z opowieści.
Nie z książek.
Nie z teorii.
Znam ją z własnego doświadczenia.
W 2000 roku mój świat się zatrzymał.
Byłam mamą dziecka w wieku przedszkolnym. Pracowałam. Studiowałam.
I wtedy usłyszałam diagnozę, która odebrała mi poczucie bezpieczeństwa i przyszłości.
Przez trzy lata leczenia robiłam wszystko, co było możliwe.
Nie tylko po to, by żyć – ale po to, by moja córka miała mamę.
Granica, za którą niewielu chce zaglądać.
W 2003 roku zostałam zakwalifikowana do autoprzeszczepu szpiku kostnego.
To był moment graniczny.
Moment, w którym nie planuje się przyszłości – tylko decyduje, czy zostaje się po tej stronie.
W trakcie dwóch megachemioterapii spędziłam trzy miesiące w szpitalu, w całkowitej izolacji, bez możliwości osobistego kontaktu z bliskimi.
Moje ciało było wyczerpane leczeniem do granic ludzkiej wytrzymałości.
Były dni, kiedy ból ciała był nie do zniesienia.
Wówczas wielokrotnie myślałam aby już pójść w stronę światła i zakończyć swoją historię.
Nie dlatego, że nie kochałam życia – ale dlatego, że cierpienie odbierało sens każdej kolejnej minucie.
Podniesienie powiek i otwarcie oczu bywało heroizmem.
Czasem czymś niemal niemożliwym.
Wsparcie, które ratuje życie.
Zostałam.
Dla wówczas małej dziewczynki – mojej córki.
Dzięki bliskim, którzy nie przestali wierzyć, nawet wtedy, gdy ja nie miałam już siły wierzyć w siebie.
Dziś wiem jedno:
wsparcie najbliższych ratuje życie.
Czasem dosłownie.
Dziś mogę powiedzieć to zdanie z pełną świadomością:
23 lata temu przeszłam kapitalny remont.
Życie, które wróciło z naddatkiem.
Medycyna była jednoznaczna.
Po takim leczeniu nie miałam realnego prawa do ciąży.
A jednak…
Pięć lat po przeszczepie urodziłam bliźnięta.
Fantastyczne dzieci.
Prawdziwy cud.
Dziś mam:
-
cudowną, dorosłą córkę,
-
wyjątkowe bliźnięta stojące u progu dorosłości – cudem dane.
Wierzę, że to wszystko wydarzyło się po coś.
Po to, aby moja pierworodna córka nigdy nie została sama, kiedy mnie zabraknie.
Dlaczego ta historia ma znaczenie w mojej pracy.
Piszę o tym, ponieważ od ponad dwóch lat jestem Mistrzem Świeckiej Ceremonii Pogrzebowej i wiem, że empatii nie da się wyuczyć wyłącznie z teorii.
Kiedy prowadzę pożegnanie, znam:
-
lęk o życie bliskiej osoby,
-
bezradność wobec cierpienia,
-
ciszę szpitalnych sal,
-
wagę ostatnich słów i obecności.
Dlatego moje ceremonie są:
-
spokojne,
-
empatyczne,
-
osobiste,
-
prowadzone bez pośpiechu i bez schematów.
Nie tworzę pożegnań „z gotowego scenariusza”.
Tworzę je z doświadczenia granicy życia i śmierci.
Bo wiem, że sposób, w jaki żegnamy bliską osobę,
zostaje z nami na lata.
Podziękowanie
Z całego serca dziękuję moim bliskim:
-
za tamto wsparcie, które pozwoliło mi przeżyć,
-
i za to dzisiejsze – gdy mogę towarzyszyć innym w najtrudniejszych momentach ich życia.
Bez nich nie byłoby mnie tu dziś.
Ani jako kobiety.
Ani jako matki.
Ani jako Mistrza Ceremonii.
Jeśli stoisz dziś na granicy pożegnania
Jeśli jesteś w czasie straty,
jeśli potrzebujesz spokoju, uważności i prawdziwego zrozumienia,
jeśli chcesz, by świecka ceremonia pogrzebowa była godna, osobista i pełna sensu
📞 napisz lub zadzwoń.
Porozmawiamy. Bez presji.
Czasem jedna rozmowa wystarczy, by poczuć ulgę.

